piątek, 18 listopada 2016

Sai Kung -wyspa

Któregoś dnia w trakcie pobytu w Hongkongu, siedząc w mieszkaniu postanowiłam wybrać się w wyjątkowe miejsce jakim jest wyspa Sai Kung. Wokół Honkkongu znajduje się wiele wysp, na których naprawdę jest co zwiedzać. Można na przykład wyruszyć w piękną trasę kolejową w kierunku Chin. Taka podróż jest moim marzeniem, dlatego znalazłam już osobę, która wyruszyłaby w nią razem ze mną. Aby się tam wybrać warto znać język chiński bądź umiejętnie posługiwać się słownikiem. To znacznie ułatwia podróż.

Chciałabym kiedyś wyruszyć w taką podróż z moją mamą i wspólnie z nią zobaczyć ten szlak. Stamtąd można dotrzeć do Mongolii oraz na Syberię, gdzie moja babcia wraz z rodziną spędziła 7 lat życia. Niektóre z wysp wulkanicznych znajdujących się wokół Hongkongu wpisane zostały na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Tego dnia wybrałam Sai Kung, gdzie transport nie jest uciążliwy ani nie zabija portfela. Podróżując tak długo muszę mieć na względzie oszczędności, które wydaję. Wyspa była dla mnie wybawieniem, ponieważ w mojej głowie znów kołatały się natrętne myśli z przeszłości. Czułam potrzebę wyciszenia się oraz oddalenia się od ludzi, aby pobyć sama. Dzień wcześniej wróciłam z Tajwanu. Jest to urocza wyspa, która w zasadzie wygląda trochę jak półwysep Helski tylko, że w chińskich wydaniu. Wszędzie pełno było rybaków oraz handlarzy sprzedających pamiątki. Wiele było restauracji z których wyłaniał się silny zapach ryb. Chodziłam sobie po okolicy nie planując nic konkretnego. Był to wypad totalnie spontaniczny. Usiadłam w restauracji, wokół której były olbrzymie akwaria z rybami oraz owocami morza. Nie jestem nawet w stanie ich wszystkich nazwać, ponieważ nie znam takich gatunków ryb. Zawsze staram się próbować i odkrywać nowe smaki więc zamówiłam drobny posiłek, ale w ekskluzywnym chińskim wydaniu. Była to duża małża, której muszla może służyć jako dekoracja. Widziałam już muszle w wydaniu popielniczki, mydelniczki albo na stole z suszkami.

Siedziałam w tej restauracji około dwóch godzin. Próbowała się uporać ze wspomnieniami. Ściskało mnie w środku a moje serce było totalnie rozbite. Wspomnienia dotyczące niedawno zmarłego ojca nieustannie siedziały mi w głowie przez co łzy cisnęły mi się do oczu. Wszystkie widoki ze szpitala wróciły tak jakbym znów tam była.

Trauma oraz szok jakich doznałam podczas jego pobytu w szpitalu, tęsknota oraz jego śmierć na moich oczach nie dawały mi spokoju.

Oddech stawał się u mnie coraz szybszy. Nie mogłam tego opanować. Próbowałam uciec myślami, ale te chwile natrętnie do mnie powracały z czym musiałam się zmierzyć. Uroniłam łzy i pozwoliłam aby moje emocje znalazły ujście. Nagle przyszedł przepyszny posiłek i nagle uspokoiłam się. Poczułam w środku błogi spokój a natrętne myśli odeszły. Może zabrzmi to naiwnie, ale miałam wrażenie, że mój zmarły tata siedzi naprzeciwko mnie i uśmiecha się do mnie mówiąc, że zawsze będzie przy mnie. Poczułam ulgę i jego radość, ze dzielę jego pasje, podróżuję i delektuję się pyszną kuchnią, którą on również uwielbiał.

Po dwóch godzinach refleksji i ulgi jaka poczułam, popłynęłam łódką podziwiać kolejne pobliskie wyspy. 











wtorek, 25 października 2016

Kolejny przystanek: Kenting


Kolejną przygodą na planie moich podróży było południe Tajwanu. Na chwilę zrezygnowałam ze swoich potrzeb pobycia sama ze sobą i postanowiłam pobyć trochę w stadzie. W końcu człowiek, jest istotą społeczną i potrzebuje innych, aby dobrze funkcjonować. Przynajmniej tak uczyli mnie na studiach z Psychologii.

Na Tajwanie pojechałam do hostelu dla surferów. Sama chętnie wzięłabym lekcję surfowania, ale niedawno przeszłam operację i na razie nie mogę sobie pozwolić na takie szaleństwa. Miałam za to do dyspozycji plażę, na której trenowałam jogę. Gdyby nie joga ciężko byłoby mi przetrwać  stratę tak wielu bliskich osób w ostatnim czasie.  Było to dla mnie ogromnym przeżyciem. Dzięki jodze nie potrzebowałam antydepresantów. Nie uciekłam również w różnego rodzaju używki. Joga wyciągnęła mnie ponadto z poważnych dolegliwości związanych z kręgosłupem. Miałam pęknięty dysk. W domu przeleżałam rok, w trakcie którego przeszłam dwie operacje na kręgosłup. Dzisiaj, właśnie dzięki jodze jestem w stanie robić dokładnie to samo, co dawniej.

W wolnym czasie skakałam również przez fale i pływałam. Woda miała dość ładny kolor, ale nie da się go porównać do tego, który mają wody na Filipiniach czy w Tajlandii. Te miejsca słyną z pięknych plaż i ich kolorytu. Moim celem nie była tym razem lazurowa woda, lecz chęć poznania kraju, który sąsiaduje z Chinami. Tamtejsi mieszkańcy charakteryzują się kompletnie odmienną kulturą od tej, którą mają „Western People”, czyli osoby białe. Wcześniej poznałam już nieco świat surferów, dzięki koledze, który uprawia kitesurfing w Polsce. Jednak w Polsce brak jest takiego w 100% wyspiarskiego lokalnego klimatu. To było dla mnie fantastyczne doświadczenie. Ludzie zajmujący się surfowaniem prowadzą specyficzny, beztroski sposób życia. Nie podejmują wielkich zawodowych wyzwań a ich życiowymi marzeniami są wielkie fale.  Wybierają ubrania wygodne – szorty, klapki oraz … tatuaże. Garnitur to dla nich jakiś niewygodny wynalazek.

Fantastycznym doświadczeniem było dla mnie obserwowanie jak młodzi ludzie stawiają swoje pierwsze kroki próbując pływać. Z ciekawości wybrałam się na lekcje surfowania, ale tylko w roli obserwatora. Po kursie wszyscy poszliśmy na wspólnego drinka, grupowe zdjęcia a następnie wyśmienitą kolację. Najbardziej smakowały mi muszle, ośmiorniczki i krewetki. Z dziwacznych rzeczy, tym razem jadłam skórę z ryby, która była twarda i jakoś zbytnio nie zachwyciła mnie swoim smakiem. Poznałam wielu lokalnych mieszkańców, których głównym językiem jest chiński. Rozmawiałam z nimi za pośrednictwem tłumaczy i używając słownika, chociaż czasami nawet język nie był potrzebny. Wystarczyło wznieść toast i uśmiechnąć się.


Jedną z najbardziej szalonych osób, które tam poznałam był 19-latek, który pracował z lokalnymi ludźmi w różnych krajach na farmach. Nie stronił od używek i parą korzystał z życia czerpiąc z niego pełnymi garściami, hedonista w czystej postaci. Miał dziewczynę, która jest nie mniej szalona od niego. Poznałam również osoby ze znanego mi już Vancouver oraz Colorado. Dla mnie był to fantastycznie spędzony czas, który był ciekawą integracją kulturową z osobami z innych krajów. Każda z tych osób ma inne doświadczenia oraz podejście do życia.


Uwielbiam odkrywać inne osobowości, poznawać świat, odległe kultury i zwyczaje. Dzięki temu mogę czerpać wiele dla siebie oraz dzielić się tym z Wami swoimi wrażeniami.





wtorek, 16 sierpnia 2016

Tajpej



Mój wypad do stolicy Tajwanu był dość spontaniczną przygodą, ale miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem czy spowodowane było to samym miejscem, czy fascynującymi ludźmi, z którymi tam byłam. Samo miasto jest bardzo zielone, a ulice stanowczo mniej zatłoczone niż te, które pamiętam z Hongkongu. Duże wrażenie zrobiły na mnie gorące źródła. W trakcie pobytu na Tajwanie pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu :) tzn. wypoczynek w hotelu, w którym do pięknej, kamiennej wanny miałam bezpośrednio podłączoną wodę termalną. Muszę przyznać, że całość robiła dość romantyczne wrażenie, a cena była naprawdę niespotykanie niska jak na tak wspaniałe warunki.Na Tajwanie miałam okazję podziwiać między innymi przepiękne widoki w wieży widokowej, nazywanej „wieżą kochanków”. Przezroczysty obiekt, którym niczym winda pnie się do góry i kręci wokół własnej osi, kształtem przypomina ufo J Z góry widać było słynny most oraz marinę. Oprócz mnie i osoby, z którą tam byłam, dookoła nie było żywej duszy. Na moście, który widać było z samej góry, stały psy, na które zwróciłam uwagę ponieważ jeden z nich miał przymocowaną latarkę zmieniającą kolory. Wyglądało to dość komicznie. Obok stał drugi pies, który pozował do zdjęć niczym gwiazda z Hollywood. Miał w sobie tyle gracji i elegancji, że idealnie wkomponowywał się w tło. Po wizycie na wieży. 
 
Na Tajwanie poznałam osoby pochodzące z różnych części świata, a wszystkich przywiódł ten sam powód – studia. Oczywiście, nie mogło się obejść bez wspólnego obiadu :) Tym razem było dość klasycznie: zupa z makaronem i chińskie pierożki. W Tajpej dobre było również indonezyjskie danie Satay przyrządzane z piersi kurczaka. Jest to rodzaj grilowanego mięsa. Pomimo egzotycznych przypraw, nie czułam jednak jakiegoś dyskomfortu, czy niedogodności. Tak naprawdę w mieście zwiedziłam niewiele, ponieważ cały urok w tej spontanicznej podróży skupił się na ludziach, których poznałam. Później było dość oryginalnie. Poszliśmy ze znajomymi pograć w gry. Uwielbiam ten rodzaj rozrywki. Zmierzyliśmy się w boksie, w którym oczywiście przegrałam. Potem wirtualna przejażdżka na motorze, która zakończyła się dla mnie zwycięstwem. Na koniec znajomemu udało się wyciągnąć dla mnie zabawkę z maszyny. Będzie ona dla mnie pamiątką i czymś przywracającym wspomnienia o ludziach, których poznałam w Tajpej oraz miejscach, które tam odwiedziłam.

Kolejny raz doświadczyłam sytuacji, kiedy to ludzie widzą w moich oczach życiowe doświadczenie. Znów usłyszałam, że mam w nich coś, co sprawia, że ludzie wiedzą, że przeżyłam wiele.

Doświadczyłam także ciekawego spotkania ze Stefanem, który jeździ do Afryki na misję i pomaga dzieciom oraz modli się w intencji potrzebujących. Widząc moje oczy, położył na mnie ręce i zaczął modlitwę. Było to niezwykłe przeżycie. Niesamowite, że widać to w moich oczach. Faktycznie, ostatnie lata dały mi naprawdę w kość, a podróż jest wspaniała szansą na oczyszczenie umysłu oraz pogodzenie się ze śmiercią bliskich.


czwartek, 11 sierpnia 2016

Hongkong i życie



Postanowiłam wynająć pokój w Hongkongu i doświadczyć, jak to jest być mieszkańcem tak wielkiego miasta. Obecnie mieszkam w kilkupiętrowym mieszkaniu z przepięknym widokiem na miasto, a za wynajem płacę jak za naprawdę bardzo tani hotel. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieszkać w ekskluzywnym miejscu i osiągać szczyty w korporacyjnej piramidzie. Kiedyś miałam takie życie mieszkając w Nowym Jorku. Byłam na początku drabiny zawodowej kariery, po której mogłam się wspinać równocześnie oddając się pędowi miasta. Opuszczając Nowy Jork zostawiłam tam historię, która przez długie lata pozostała w moim sercu. Byłam zakochana i naprawdę ciężko było mi zrezygnować z tej miłości. Z tamtą osobą przez bardzo długi czas na zmianę zbliżaliśmy się do siebie i oddalaliśmy. W Stanach odbyłam praktyki, o których już kiedyś Wam wspominałam. Miałam przyjemność pracować w naprawdę dużych, znanych korporacjach. Razem z projektantem, który był w rankingu dziesięciu najlepszych, tworzyliśmy projekty dla burmistrza Nowego Jorku. Pracowałam również przy projektowaniu tekstyliów do wnętrz i w kilku jeszcze innych firmach. Moje życie wypełnione było pracą od rana do wieczora. Czasami znajdowałam oczywiście trochę czasu, żeby spotkać się ze znajomymi i pójść z nimi na drinka. Starałam się również, żeby raz na jakiś czas w moim codziennym biegu znaleźć chwilę na sport. Wieczorami po całym dniu pracy zazwyczaj padałam ze zmęczenia. Odczuwałam nieustanne przemęczenie a moja waga drastycznie spadła. Mój pobyt dobiegał końca, a w USA panował kryzys. Miałam przed sobą dylemat czy pozostać i wspinać się na zawodowy szczyt, czy wrócić do Polski z bagażem wspaniałych doświadczeń. Ostatecznie postanowiłam wrócić. Po powrocie z Nowego Jorku, od razu porwałam się na wielki projekt hotelu. Było to skok na głęboką wodę, będący wspaniałym doświadczeniem. Szybko założyłam własną firmę projektowania wnętrz i zrozumiałam, że nie jestem stworzona do tego, aby ktoś zarządzał moją pracą. Nie lubię mieć nad sobą szefów. I choć na początku było ciężko, czułam satysfakcję, że robię coś dla siebie. Dziś jakbym znów powróciła trochę do przeszłości. Mieszkam z bardzo przystojnym i tajemniczym współlokatorem, niczym bohaterem 50 twarzy Greya ;). Jest wspaniałym człowiekiem, który osiągnął duży sukces zawodowy. Ma wszystko, czego zapragnie – poza czasem.



Teraz powróciłam do miasta będącego azjatycką kopią Nowego Jorku. Czuję się nieco zagubiona. Mam okazję obserwować je jako osoba z zewnątrz, która nie jest w środku systemu, lecz stoi z boku pracując od projektu do projektu, obserwując jak wygląda tutejsze życie. Wysokie wymagania, wspaniały poziom edukacji oraz intelektualnie inspirujący ludzie są niezwykle ciekawe. Głównym celem tutejszego życia jest praca. Stanowi ona jego sens. Cykl dnia wygląda tak: praca, drink ze znajomymi, tv i sen. Bardzo przypomina mi to moje życie z  przeszłości. Ciągłe życie w biegu, na wysokich obrotach – to była moja codzienność. Teraz, kiedy zwiedziłam kawał świata i zetknęłam się z tak różnymi kulturami, widzę, że męczy mnie życie miejskie w tak zatłoczonym miejscu, w którym każdy, nawet najmniejszy obszar jest zaludniony.



Takie życie jest super na chwilę. Nie wyobrażam sobie jednak tak funkcjonować na stałe. Nie taką wizję przyszłości sobie zbudowałam. Hongkong ma wiele pięknych i ciekawych zakamarków. Każdy jest w stanie znaleźć w nim coś dla siebie. Wielokulturowość jest wszechobecna. Jednocześnie, to bardzo drogie miasto,, dlatego ludzie aby móc żyć godnie zmuszeni są bardzo ciężko pracować. Ludzie bardzo często korzystają z antydepresantów. Życie stawia przed nimi ogromne wymagania i cele, ale dzięki temu osiągają pełną realizację życia i własnych potrzeb. Nie ma czasu na zastanawianie się. Na portalach randkowych każdy przedstawia się jako mr. Perfect, bez wad, idealny, z życiem pozbawionym komplikacji. W takim pędzie życia czasami faktycznie nie ma miejsca na problemy. Świat tutaj jest dość specyficzny. Ja jednak czuję się dobrze wśród ludzi, przy których mogę być sobą, którym mogę pokazać kiedy jestem smutna, a kiedy wesoła. Wolę być naturalna i nie idealizować swojej osoby jako pani Perfect. Chcę być sobą. Patrząc z innej strony, dostrzegam jednak wiele pozytywnych aspektów tego miasta. Świetne jedzenie, masaż, któremu można poddać się po ciężkim dniu pracy, wiele atrakcji, ciekawi ludzie.



Wszytko ma dwie strony medalu. Pozostaje kwestia wyboru, kto czego potrzebuje i jakie miejsce oraz drogę wybierze dla siebie. 








poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Kuchnia Taiwan

W Azji nieustanie odkrywam nowe smaki kuchni. W każdym kraju znajduję nowe odcienie kuchni, dlatego bardzo ciężko jest zdecydować się, które jedzenie jest według mnie najlepsze. Na Tajwanie jada się bardzo dużo mięsa. Właściwie żadna część się nie marnuję. Ze wszystkiego przyrządzane są grillowane porcje mięs nadziewanych na drewniane patyki – coś na miarę szaszłyków. Na niektórych ,,szaszłykach” znaleźć można jelita, serca kurcząt i przedziwne inne rarytasy. Niektóre z potraw wydzielają dość specyficzny, intensywny i dość nieprzyjemny zapach, który wzbudzał we mnie odrazę. Jednym z przysmaków, po który ustawiają się długie kolejki jest pierś z kurczaka smażona na głębokim tłuszczu. Dania przyrządzane na głębokim tłuszczu są tutaj bardzo popularne. Osobiście nie jestem ich wielką fanką, więc wybór dla mnie jest dość ograniczony. Jednym z przysmaków, na którego skosztowanie musiałam się przełamać były kurze łapki w marynacie, których jak się okazało nie byłam w stanie przełknąć :P 

Jeżeli chodzi o zupy to jedną z moich ulubionych jest hot pot. Wybiera się składniki i na podgrzanych wokach przyrządza się taką zupę samodzielnie. Przepyszna jest na przykład wołowina, którą przypala się palnikiem. Mięso, które już wcześniej zostało zamarynowane w lokalnych przyprawach leży na gorącym blacie i przez lokalnego kucharza opalane jest ręcznym palnikiem z każdej strony.

Kolejnym przysmakiem są naleśniki w wersji lokalnej :D tzn. na bazie mąki ryżowej, smażone na gorącym blacie, które wyglądają trochę jak wyrośnięte racuchy. Można przygotować je np. z sałatą czy mielonym mięsem. Ogromnie kusiło mnie, żeby zjeść muszle, ale stwierdziłam, że nie mając pewności odnośnie ich świeżości nie chcę ryzykować.

Daniem, które bardzo lubię jest także kaczka, której zwyczaj jedzenia pochodzi z Pekinu. Ale obecnie można zjeść jądosłownie wszędzie. Jedzenia jest tutaj do wyboru do koloru. Jedną z potraw, która doprawdy mnie porwała jest zupa z pomidorowym makaronem. Zrobiłam jej zdjęcie, aby mieć jej nazwę, bo nie mam pojęcia jak nazywa się ona w innym języku aniżeli tamtejszym.

Na śniadanie jadałam coś na podobieństwo pampuchów, robionych na parze a do tego omlet, którego smak przypominał ten polski, ale według mnie miał domieszkę ryżowej mąki, ponieważ w smaku był nieco gumowaty. Powiem Wam, że nawet mnie to zaciekawiło. Postanowiłam więc, że spróbuję go przyrządzić. Z najgorszych potraw jakie spróbowałam byly stinky Tofu, czyli śmierdzące Tofu. Nie bez przyczyny taka ich nazwa :) Faktycznie czuć je już z odległości kilku metrów. Po zjedzeniu ciągle czułam w ustach ich posmak. Ewidentnie nie będzie to moja ulubiona potrawa :)

Już niebawem podzielę się z Wami kolejnymi ciekawostkami z mojej podróży!



wtorek, 5 lipca 2016

Spotkanie ze Stefanem

Moim przewodnikiem po Kaohsiung był Stefan, który na Tajwanie mieszka już od półtora roku. Historia Stefana jest tak fascynująca, że mogłaby stać się inspiracją dla innych. Jest on człowiekiem o ogromnej silne charakteru i walecznym sercu. Tym, co nas połączyło oprócz cudownych, wspólnie spędzonych dni, jest choroba. Stefan choruje na raka. Ma wyciętą tarczycę. Dwa razy dziennie przyjmuje leki, będące substytutem hormonów, które w przypadku zdrowej osoby produkuje tarczyca. Dobranie leków, aby mógł on funkcjonować normalnie, trwało miesiąc. Niezmiernie ujęła mnie jego historia. Stefan pochodzi z małej wioski położonej na północy Włoch. Był przekonany, że nigdy o niej nie słyszałam. Udało mi się go zaskoczyć :) Wcześniej odwiedziłam to miejsce jadąc do Livigno, czyli w kierunku Austrii. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że Stefan pochodzi z północy. Włosi z północy mają często jasne włosy. Wynika to z niedalekiej odległości od Austrii i Szwajcarii. Południowe Włochy mają natomiast bardziej arabskie wpływy. Mój włoski przewodnik ma korzenie również niemieckie, dlatego śmiałam się, że to idealny mix. Emocjonalny, pobudzony Włoch z wyważonym, niewylewnym Niemcem. Tak zwany balans. Stefan to niesamowicie ambitny osobnik o anielskiej urodzie. Jego twarz ma delikatny i łagodny wygląd. Jest to całkowicie spójne z jego usposobieniem. Ten dzielny człowiek mimo ciężkiej choroby, zdecydował się na MBA (Master of Business Administration) na Tajwanie. Żeby opłacić swoje studia, dorabia jako asystent nauczyciela angielskiego w lokalnej szkole. Wcześniej pracował w innych azjatyckich krajach jako handlowiec. Jak sam wspomina, zarabiał porządne pieniądze wspinając się po szczeblach korporacyjnej kariery. Stres był jednak jego nierozłącznym towarzyszem, ciągle żył pod presją, aby mieć więcej i więcej –rozwijać się, utrzymywać pozycję w firmie i generować obroty. Nagle zdrowie odmówiło posłuszeństwa. 




Wtedy zwolnił tryb życia. Zrozumiał, że życie ma się tylko jedno, że jest za kruche a stres je nieustannie niszczy. To smutne doświadczenie, bardzo zmieniło jego życie. Czy na plus, czy na minus – trudno powiedzieć. Każdy dokonuje wyborów słusznych dla siebie. Czasami w pędzie życia brakuje czasu na refleksję. Te wybory nas unieszczęśliwiają, ale dalej tkwimy w nich bo wyścig, rywalizacja, potrzeby materiale czy potrzeba prestiżu społecznego stają na pierwszym planie. Stefan ma aktualnie przerzuty i jego choroba nie jest jeszcze opanowana. Przygotowuje się psychicznie bo wraca do Włoch, aby rozpocząć chemioterapię. Mimo trudności losu nie poddaje się i jeszcze edukację uczęszcza na zajęcia aby zakończyć studia. Chce się obronić a następnie powrócić do walki z chorobą. Ma wiele planów i ambicji. Wszystko jest dość wyważone. Udało mu się zbalansować swoje życie. Ludzie mówią, że nie mają pieniędzy, że są chorzy i usprawiedliwiają się aby pozostać  w swoich blokadach, w swoim bezpiecznym świecie, a ten 26 letni młody mężczyzna jest ze dowodem, że dla chcącego nic trudnego. Wystarczy podjąć decyzję, zadać sobie trochę trudu i dążyć do celu. Czuję się naprawdę zaszczycona, że mogła poznać tak wspaniałego mężczyznę. 


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Kaohsiung-Taiwan



Na Tajwanie przeżyłam kolejny kulturowy szok. Nieustanie odkrywam jaki piękny jest świat. Fascynujące jest to w jaki sposób ludzie się od siebie różnią.

Decyzja o przyjeździe tutaj była dosyć szybka i spontaniczna. Nie zastanawiałam się nad tym zbyt długo. Po prostu wiedziałam, że chciałabym gdzieś polecieć. Jakiś czas temu poznałam Stefana, który powiedział, że może warto zastanowić się nad kierunkiem Tajwan. Okazało się, że mieszka właśnie tam. Kilku minut później miałam już bilet. Tajwan południowy znacznie różni się od rejonów położonych bardziej na północy. Na razie zmierzam na samo południe, czyli biedniejszą część kraju. Jest tutaj trochę podobnie do Włoch tzn. obszary im wyżej położone tym bardziej rozwinięte. Mam wrażenie, że południe pokazuje prawdziwe oblicze kraju. Stefan opowiedział mi wiele tajemnic i ciekawostek odnośnie mieszkańców rejonu. Ich rytuały są dość specyficzne. Dominującą religią jest tutaj buddyzm. W Kaohsiung znajduje się wiele przepięknych świątyń, w których panuje niezwykły przepych. Ogrom kolorów sprawia, że przypomina to trochę pełny kiczu włoski estetyzm. Poza malowidłami moją uwagę przyciągnęły rzeźby. Od razu widać, że miejscowi artyści wkładają w ich tworzenie wiele serca. Jest to zrozumiałe ponieważ ozdabiają one miejsca, w których praktykują oni swoje lokalne obrzędy religijne a nawet filozoficzne. Praktykowanie buddyzmu zaliczane jest właśnie nie do obrzędów religijnych lecz filozoficznych. Życie tutaj toczy się dość spokojnie. Na ulicach nie ma tłumów. Nie odczuwa się również nadmiernego pośpiechu. Twarze lokalnych ludzi są dość statyczne. Nie widać na nich ani radości ani smutki. Po prostu nie mają w zwyczaju nadmiernie okazywać swoich emocji.

Kaoshsiung to drugie pod względem wielkości miasto na Tajwanie. Jego urok jest niezwykle przyciągający. Jest to nadal dość słabo oblegany przez turystów kierunek, przez co satysfakcja z przebywania tutaj jest jeszcze większa.

Ogromnie zdziwiła mnie tutejsza gra, w którą grają lokalni mieszkańcy. Polega ona na tym, że w 600 pustych kratek wpisuje się numery od 1 do 600. Kto pierwszy jest wpisze dostaje nagrodę. Jak dla mnie było to trochę zaskakujące :D

W mieście są tylko trzy nocne kluby. Jedną z głównych atrakcji, z których słynie Tajwan są rynki. Jest to jedna z głównych tutejszych atrakcji. Wieczorami na placykach czas spędzają takie tłumy, że często nie da się przecisnąć. Wokoło stoi mnóstwo stoisk z jedzeniem, ubraniami i różnego rodzaju atrakcjami takimi jak strzelnica, gra zrobiona w pustych butelek po piwie czy łapanie na wędkę kaczek. Tutejsi mieszkańcy sprawiają wrażenie zadowolonych z takiej formy spędzania czasu. Piszę wrażenie ponieważ tak jak wspominałam mimika twarzy mieszkańców nie zdradza zbyt wiele J Raczej ciężko stwierdzić do tak naprawdę czują i myślą.

Tajwan ma w sobie jakąś magiczną aurę, która pozwala na wyciszenie się. Edukacja tutaj nie należy do najlepszych w porównaniu w poziomem edukacji w krajach bardziej rozwiniętych.

Kolejną atrakcją, którą przeżyłam na miejscu był punkt widokowy na który wjechaliśmy ze Stefanem. Ze szczytu podziwialiśmy panoramę całego miasta, która dopiero wieczorem zyskuje wyjątkowy klimat.

Obok budynków na rzece miłości, znajduje się jeden z większych portów. Tajwańczycy są romantykami więc często można znaleźć  motyw miłości. Każdy jej potrzebuje dlatego przesyłam Wam wszystkim wielki uścisk. Można tutaj naładować się pozytywna energią dzięki ludziom, którzy są niezwykle uprzejmi i wyciszeni.  

Najpiękniejsze jest to, że nawet w przypadku kiedy zostawi się gdzieś Iphone’a, wystarczy po niego wrócić. Pewnym jest to, że nikt nie weźmie nie swojej własności. Tutaj najzwyczajniej się nie kradnie. 

Pozdrawiam Was i do następnego!