środa, 28 grudnia 2016

Lokalny rynek i szkoła gotowania


Chiński rynek był dla mnie wielką atrakcją i rozrywką.  Ja sama również byłam atrakcję, ale dla innych :) Zrobiłam sobie mnóstwo zdjęć z lokalnymi mieszkańcami. Mało kto w ogóle interesuje się ich istnieniem, nie wspominając już o tym, żeby ktoś próbował się o nich czegokolwiek dowiedzieć.

W moim przypadku było inaczej. Postanowiłam pokazać im swoje zainteresowanie nimi oraz fascynację, której nie mogłam opanować. Cały czas robiłam zdjęcia, śmiejąc się  z lokalnymi handlarzami. Cały rynek nagle zaczął krzyczeć i bić brawa. Wszyscy wykazywali entuzjazm a moje zachowanie ewidentnie było dla nich czymś nowym i stanowiło swojego rodzaju oderwanie o codziennej rutyny. 

Idąc rynkiem nagle krzyknęłam, ponieważ przechodząc przy jednym ze stoisk wyskoczyła z pojemnika w moim kierunku krewetka. Wokoło zapanował śmiech :D Nawet ja zaśmiałam się sama z siebie. Później jeden z lokalnych handlarzy wypuścił w moim kierunku rybę – dosłownie jak w grze, w którą grałam będąc dzieckiem. Polegała ona na tym, aby nacisnąć żabie ogon po czym wyskakiwała do przodu. Osoba, której żaba wyskoczyła najdalej wygrywała. 

Później poznałam pana, który wytłumaczył mi wszystko o produktach, które sprzedaje. Był to doskonały handlarz, który doskonale wiedział jak się co gotuje, jakie co ma właściwości i w jaki sposób dany produkt wpływa na zdrowie.

Po prostu facet na medal! Wzorzec idealnego handlarza. Jeżeli chce się coś sprzedać trzeba doskonale znać swój produkt i wiedzieć o nim wszystko! Tylko wtedy jest się wiarygodnym. Przykłady takich osób powinny być lekcją dla wielu osób, które oferując jakiś produkt nie mają o nim zielonego pojęcia.

Dzięki niemu odkryłam lokalne lekarstwo na odporność. Chodzi o specjalnie przygotowywany czosnek, który przez dwa tygodnie leży w specjalnym urządzeniu przeznaczonym właśnie do tego rodzaju czosnku.

Jest to dość drogie urządzenie, ale ja dostałam wyjątkową cenę :) Mam szczęście spotykać na swojej drodze wyjątkowych ludzi. Później razem z Jose kupiłyśmy specjalne produkty do moich nowych przepisów kulinarnych. Ostatnio nauczyłam się gotować wiele nowych potraw. Niestety nie znam na to polskich nazw, ale sama zaczynam się już uczyć co można połączyć z czym, jak co smakuje i czy coś jest owocem czy warzywem. To był naprawdę produktywny dzień. Nowe przepisy, nowe potrawy i nowa wiedza. Jestem naprawdę wdzięczna rodzinie Ling za to, że otoczyła mnie swoją troską i wysłała ze mną Jose, która mnie w to wszystko wprowadziła.



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Moja przewodniczka z Filipin i życiowa Wena

Dzień, która Wam opowiem, był dla mnie niezwykłą przygodą i kulinarną podróżą. Dostarczył mi wiele entuzjazmu i dał możliwość poznania nowych rzeczy.

Sporo mieszkań w Hongkongu zaprojektowanych jest w taki sposób, aby znalazło się w nim dodatkowe pomieszczenie dla osoby do pomocy. W mieszkaniu gdzie mieszkałam, znajdowało się takie miejsce dla Jose, która jest uroczą osobą o wielkim sercu i niezwykłej wrażliwości. Jest ona filipinką, która stała się moim kulinarnych przewodnikiem. Mieszkańcy Filipin, mają w ciągu tygodnia jeden dzień, który przeznaczają w całości na wypoczynek. Mowa o niedzieli, kiedy to wspólnie spożywają posiłki, grają w karty i spędzają wspólny czas. Wiele osób pracuje i mieszka u innych rodzin, dlatego nie mają własnego kąta. Miejscem ich spotkań są chodniki i ulice, na których rozkładają kartony, aby odgrodzić się i dostarczyć sobie chociaż trochę prywatności. 


Przechadzając się w niedzielę po ulicach można zaobserwować to niesamowite zjawisko. Niektórzy wynajmują pokój w kilka osób, aby spotkać się i wspólnie ugotować niedzielny posiłek. Jose jest matką. Jej mąż również mieszka w Hongkongu, natomiast ich dziecko wychowują dziadkowie. Niezwykle urzekło mnie w niej to, że nie narzeka na swój los, lecz w pełni akceptuje własną sytuację oraz emanuję niezwykłą radością. W zestawieniu z mentalnością Polaków jest to duża różnica.

Filipiny są na mojej liście planowanych podróży. Niebawem się tam wybiorę. Jest to obszar, na którym znajdują się piękne wyspy, wspaniałe jedzenie, masaże i przemili ludzie. Nie mogę więc przegapić tak cudownego miejsca J Spotkanie z Jose było dla mnie kolejną inspiracją na mojej życiowej drodze i kolejną lekcją życiowej pokory. W takim sytuacjach mogę poznać odmienne rodzaje edukacji, różnice międzykulturowe oraz zyskać świadomość istnienia odmiennego sposobu życia.

Ta kobieta wpisała się głęboko w moje serce i na samą myśl o niej maluje mi się na twarzy uśmiech. Myślę sobie w takiej sytuacji o tym, jak piękny jest ten świat i jak cudowni ludzie na nim mieszkają.

Bardzo wzruszające jest w jej historii to, że pomimo tak trudnego losu oraz tego, że kryzysowa sytuacja materialna zmusiła ją do rozłąki z własnym dzieckiem, wciąż jest pogodną, ciepłą osobą, której uśmiech nie schodzi z twarzy. Nie narzeka, nie użala się nad tylko, lecz idzie do przodu z uśmiechem na twarzy. 


piątek, 9 grudnia 2016

Rodzina mojej przyjaciółki Erici

Hongkong jest miastem, które dzięki mojej przyjaciółce Erice, poznałam z trochę innej perspektywy niż ta oklepana turystyczna. Erica jest ogromnie dzielną kobietą, która zarządza sześcioma sklepami z bardzo ekskluzywną męską odzieżą. Poznałyśmy się w Nowym Jorku, gdzie dzięki podobnej wrażliwości emocjonalnej i „bliźniaczych” doświadczeniach, zżyłyśmy się ze sobą. Pomimo tego, że mieszkamy na różnych krańcach ziemi, można powiedzieć, że nasza przyjaźń jest zestawieniem bratnich sobie dusz.

Poprzednim razem kiedy byłam w Honkongu, poznałam całą jej najbliższą rodzinę: tatę, mamę i rodzeństwo. Tym razem poznałam dziadków Erici, i pomimo tego, że moi dziadkowie już nie żyje, czuję się jakbym znów ich miała, jednak tym razem w wersji chińskiej J

Wystrój ich domu przypomina trochę PRL. Może go w pewnym stopniu porównać do mieszkania jednej z moich babć. Mieszkanie drugiej posiadało wyjątkowy klimat dzięki stylowym meblom. Można powiedzieć, że odnalazłam tam namiastkę tego, czym był dom mojej babci, jednak z dodatkiem wschodniego klimatu. Dom dziadków Erici jest zbudowany w tradycyjnym chińskim stylu. Bardzo ujęło mnie jego wnętrze, zainspirowane tradycją i kulturą wschodu.



U dziadków zjedliśmy tradycyjną chińską kolację. Podobnie jak moja babcia nie jedzą oni pizzy ani innych współczesnych zachodnich wynalazków. Na pierwszym miejscu u moich babć zawsze była tradycyjna kuchnia. Jedna uwielbiała kluseczki i kartofle, druga zaś móżdżek. Tutaj też, na pierwszym miejscu jest kuchnia lokalna, dlatego czułam się trochę jak w domu. Jadłam wspaniałą rybę przygotowaną na parze z warzywami, kurczaka na parze z grzybami, zupę z jabłek i gruszki oraz lokalnych owoców. Na deser było ciasto, i tak jak moim dziadkom na widok słodyczy „trzęsły im się uszy”.  W przerwie oglądaliśmy chiński serial, z którego wprawdzie nie za wiele zrozumiałam, ale nie szkodzi ;)


Następnego dnia zjedliśmy wspólny cudowny obiad w tradycyjnej stołówce „Tea house”. Było tradycyjnie, bez większych udziwnień – pieczony gołąb i chińskie pierożki, które uwielbiam (moja mama jest mistrzynią w przygotowywaniu ich), różnego rodzaju mięsa i ryż.

Następnie dziadkowie, ubrali się bardzo elegancko i poszli do kościoła na modlitwę. Jest to dla nich tradycja i rutyna. W przeciwieństwie do wnuczki, czyli mojej przyjaciółki są chrześcijanami. Erica jest buddystą. Buddyzm w Chinach jest główną filozofią życia. Cudownym jest dla mnie doświadczać zetknięcia z innymi kulturami. Niebawem znów wybiorę się do nich na wspólny posiłek. Co ciekawe, do posiłków nie spożywa się u nich alkoholu, lecz pije głównie herbatę.

Muszę przyznać, że chińska kuchnia jest dość rozmaita i ma naprawdę wiele do zaoferowania. Ludzie tutaj są uroczy i przemili. Mieszkańcy Honkongu są naprawdę serdeczni (przynajmniej Ci których poznałam, bo jak wiadomo wszędzie zdarzają się również ludzie mniej otwarci na drugiego człowieka i chęć poznawania świata).


Fajnie znów mieć takie uczucie, że ma się dziadków. Nie narzekam, bo takie jest życie. Jedni odchodzą, aby inni mogli przyjść na świat. Chińczycy żyję jednak naprawdę długo. Podobne sposobem na to jest ich medycyna i zdrowa dieta.

Poza dziadkami i najbliższą rodziną Erici, poznałam również jej ciocie oraz wujków, którzy zabrali mnie na magiczną ziołową herbatę. Muszę Wam powiedzieć, że w smaku jest wręcz obrzydliwa, ale jako lekarstwo pomaga w detoksykacji organizmu oraz wpływa pozytywnie na układ odpornościowy.

Jaki był ten czas? Cudowny! Ze wspaniałymi, przemiłymi ludźmi i fantastyczną kuchnią. 















piątek, 18 listopada 2016

Sai Kung -wyspa

Któregoś dnia w trakcie pobytu w Hongkongu, siedząc w mieszkaniu postanowiłam wybrać się w wyjątkowe miejsce jakim jest wyspa Sai Kung. Wokół Honkkongu znajduje się wiele wysp, na których naprawdę jest co zwiedzać. Można na przykład wyruszyć w piękną trasę kolejową w kierunku Chin. Taka podróż jest moim marzeniem, dlatego znalazłam już osobę, która wyruszyłaby w nią razem ze mną. Aby się tam wybrać warto znać język chiński bądź umiejętnie posługiwać się słownikiem. To znacznie ułatwia podróż.

Chciałabym kiedyś wyruszyć w taką podróż z moją mamą i wspólnie z nią zobaczyć ten szlak. Stamtąd można dotrzeć do Mongolii oraz na Syberię, gdzie moja babcia wraz z rodziną spędziła 7 lat życia. Niektóre z wysp wulkanicznych znajdujących się wokół Hongkongu wpisane zostały na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Tego dnia wybrałam Sai Kung, gdzie transport nie jest uciążliwy ani nie zabija portfela. Podróżując tak długo muszę mieć na względzie oszczędności, które wydaję. Wyspa była dla mnie wybawieniem, ponieważ w mojej głowie znów kołatały się natrętne myśli z przeszłości. Czułam potrzebę wyciszenia się oraz oddalenia się od ludzi, aby pobyć sama. Dzień wcześniej wróciłam z Tajwanu. Jest to urocza wyspa, która w zasadzie wygląda trochę jak półwysep Helski tylko, że w chińskich wydaniu. Wszędzie pełno było rybaków oraz handlarzy sprzedających pamiątki. Wiele było restauracji z których wyłaniał się silny zapach ryb. Chodziłam sobie po okolicy nie planując nic konkretnego. Był to wypad totalnie spontaniczny. Usiadłam w restauracji, wokół której były olbrzymie akwaria z rybami oraz owocami morza. Nie jestem nawet w stanie ich wszystkich nazwać, ponieważ nie znam takich gatunków ryb. Zawsze staram się próbować i odkrywać nowe smaki więc zamówiłam drobny posiłek, ale w ekskluzywnym chińskim wydaniu. Była to duża małża, której muszla może służyć jako dekoracja. Widziałam już muszle w wydaniu popielniczki, mydelniczki albo na stole z suszkami.

Siedziałam w tej restauracji około dwóch godzin. Próbowała się uporać ze wspomnieniami. Ściskało mnie w środku a moje serce było totalnie rozbite. Wspomnienia dotyczące niedawno zmarłego ojca nieustannie siedziały mi w głowie przez co łzy cisnęły mi się do oczu. Wszystkie widoki ze szpitala wróciły tak jakbym znów tam była.

Trauma oraz szok jakich doznałam podczas jego pobytu w szpitalu, tęsknota oraz jego śmierć na moich oczach nie dawały mi spokoju.

Oddech stawał się u mnie coraz szybszy. Nie mogłam tego opanować. Próbowałam uciec myślami, ale te chwile natrętnie do mnie powracały z czym musiałam się zmierzyć. Uroniłam łzy i pozwoliłam aby moje emocje znalazły ujście. Nagle przyszedł przepyszny posiłek i nagle uspokoiłam się. Poczułam w środku błogi spokój a natrętne myśli odeszły. Może zabrzmi to naiwnie, ale miałam wrażenie, że mój zmarły tata siedzi naprzeciwko mnie i uśmiecha się do mnie mówiąc, że zawsze będzie przy mnie. Poczułam ulgę i jego radość, ze dzielę jego pasje, podróżuję i delektuję się pyszną kuchnią, którą on również uwielbiał.

Po dwóch godzinach refleksji i ulgi jaka poczułam, popłynęłam łódką podziwiać kolejne pobliskie wyspy. 











wtorek, 25 października 2016

Kolejny przystanek: Kenting


Kolejną przygodą na planie moich podróży było południe Tajwanu. Na chwilę zrezygnowałam ze swoich potrzeb pobycia sama ze sobą i postanowiłam pobyć trochę w stadzie. W końcu człowiek, jest istotą społeczną i potrzebuje innych, aby dobrze funkcjonować. Przynajmniej tak uczyli mnie na studiach z Psychologii.

Na Tajwanie pojechałam do hostelu dla surferów. Sama chętnie wzięłabym lekcję surfowania, ale niedawno przeszłam operację i na razie nie mogę sobie pozwolić na takie szaleństwa. Miałam za to do dyspozycji plażę, na której trenowałam jogę. Gdyby nie joga ciężko byłoby mi przetrwać  stratę tak wielu bliskich osób w ostatnim czasie.  Było to dla mnie ogromnym przeżyciem. Dzięki jodze nie potrzebowałam antydepresantów. Nie uciekłam również w różnego rodzaju używki. Joga wyciągnęła mnie ponadto z poważnych dolegliwości związanych z kręgosłupem. Miałam pęknięty dysk. W domu przeleżałam rok, w trakcie którego przeszłam dwie operacje na kręgosłup. Dzisiaj, właśnie dzięki jodze jestem w stanie robić dokładnie to samo, co dawniej.

W wolnym czasie skakałam również przez fale i pływałam. Woda miała dość ładny kolor, ale nie da się go porównać do tego, który mają wody na Filipiniach czy w Tajlandii. Te miejsca słyną z pięknych plaż i ich kolorytu. Moim celem nie była tym razem lazurowa woda, lecz chęć poznania kraju, który sąsiaduje z Chinami. Tamtejsi mieszkańcy charakteryzują się kompletnie odmienną kulturą od tej, którą mają „Western People”, czyli osoby białe. Wcześniej poznałam już nieco świat surferów, dzięki koledze, który uprawia kitesurfing w Polsce. Jednak w Polsce brak jest takiego w 100% wyspiarskiego lokalnego klimatu. To było dla mnie fantastyczne doświadczenie. Ludzie zajmujący się surfowaniem prowadzą specyficzny, beztroski sposób życia. Nie podejmują wielkich zawodowych wyzwań a ich życiowymi marzeniami są wielkie fale.  Wybierają ubrania wygodne – szorty, klapki oraz … tatuaże. Garnitur to dla nich jakiś niewygodny wynalazek.

Fantastycznym doświadczeniem było dla mnie obserwowanie jak młodzi ludzie stawiają swoje pierwsze kroki próbując pływać. Z ciekawości wybrałam się na lekcje surfowania, ale tylko w roli obserwatora. Po kursie wszyscy poszliśmy na wspólnego drinka, grupowe zdjęcia a następnie wyśmienitą kolację. Najbardziej smakowały mi muszle, ośmiorniczki i krewetki. Z dziwacznych rzeczy, tym razem jadłam skórę z ryby, która była twarda i jakoś zbytnio nie zachwyciła mnie swoim smakiem. Poznałam wielu lokalnych mieszkańców, których głównym językiem jest chiński. Rozmawiałam z nimi za pośrednictwem tłumaczy i używając słownika, chociaż czasami nawet język nie był potrzebny. Wystarczyło wznieść toast i uśmiechnąć się.


Jedną z najbardziej szalonych osób, które tam poznałam był 19-latek, który pracował z lokalnymi ludźmi w różnych krajach na farmach. Nie stronił od używek i parą korzystał z życia czerpiąc z niego pełnymi garściami, hedonista w czystej postaci. Miał dziewczynę, która jest nie mniej szalona od niego. Poznałam również osoby ze znanego mi już Vancouver oraz Colorado. Dla mnie był to fantastycznie spędzony czas, który był ciekawą integracją kulturową z osobami z innych krajów. Każda z tych osób ma inne doświadczenia oraz podejście do życia.


Uwielbiam odkrywać inne osobowości, poznawać świat, odległe kultury i zwyczaje. Dzięki temu mogę czerpać wiele dla siebie oraz dzielić się tym z Wami swoimi wrażeniami.





wtorek, 16 sierpnia 2016

Tajpej



Mój wypad do stolicy Tajwanu był dość spontaniczną przygodą, ale miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem czy spowodowane było to samym miejscem, czy fascynującymi ludźmi, z którymi tam byłam. Samo miasto jest bardzo zielone, a ulice stanowczo mniej zatłoczone niż te, które pamiętam z Hongkongu. Duże wrażenie zrobiły na mnie gorące źródła. W trakcie pobytu na Tajwanie pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu :) tzn. wypoczynek w hotelu, w którym do pięknej, kamiennej wanny miałam bezpośrednio podłączoną wodę termalną. Muszę przyznać, że całość robiła dość romantyczne wrażenie, a cena była naprawdę niespotykanie niska jak na tak wspaniałe warunki.Na Tajwanie miałam okazję podziwiać między innymi przepiękne widoki w wieży widokowej, nazywanej „wieżą kochanków”. Przezroczysty obiekt, którym niczym winda pnie się do góry i kręci wokół własnej osi, kształtem przypomina ufo J Z góry widać było słynny most oraz marinę. Oprócz mnie i osoby, z którą tam byłam, dookoła nie było żywej duszy. Na moście, który widać było z samej góry, stały psy, na które zwróciłam uwagę ponieważ jeden z nich miał przymocowaną latarkę zmieniającą kolory. Wyglądało to dość komicznie. Obok stał drugi pies, który pozował do zdjęć niczym gwiazda z Hollywood. Miał w sobie tyle gracji i elegancji, że idealnie wkomponowywał się w tło. Po wizycie na wieży. 
 
Na Tajwanie poznałam osoby pochodzące z różnych części świata, a wszystkich przywiódł ten sam powód – studia. Oczywiście, nie mogło się obejść bez wspólnego obiadu :) Tym razem było dość klasycznie: zupa z makaronem i chińskie pierożki. W Tajpej dobre było również indonezyjskie danie Satay przyrządzane z piersi kurczaka. Jest to rodzaj grilowanego mięsa. Pomimo egzotycznych przypraw, nie czułam jednak jakiegoś dyskomfortu, czy niedogodności. Tak naprawdę w mieście zwiedziłam niewiele, ponieważ cały urok w tej spontanicznej podróży skupił się na ludziach, których poznałam. Później było dość oryginalnie. Poszliśmy ze znajomymi pograć w gry. Uwielbiam ten rodzaj rozrywki. Zmierzyliśmy się w boksie, w którym oczywiście przegrałam. Potem wirtualna przejażdżka na motorze, która zakończyła się dla mnie zwycięstwem. Na koniec znajomemu udało się wyciągnąć dla mnie zabawkę z maszyny. Będzie ona dla mnie pamiątką i czymś przywracającym wspomnienia o ludziach, których poznałam w Tajpej oraz miejscach, które tam odwiedziłam.

Kolejny raz doświadczyłam sytuacji, kiedy to ludzie widzą w moich oczach życiowe doświadczenie. Znów usłyszałam, że mam w nich coś, co sprawia, że ludzie wiedzą, że przeżyłam wiele.

Doświadczyłam także ciekawego spotkania ze Stefanem, który jeździ do Afryki na misję i pomaga dzieciom oraz modli się w intencji potrzebujących. Widząc moje oczy, położył na mnie ręce i zaczął modlitwę. Było to niezwykłe przeżycie. Niesamowite, że widać to w moich oczach. Faktycznie, ostatnie lata dały mi naprawdę w kość, a podróż jest wspaniała szansą na oczyszczenie umysłu oraz pogodzenie się ze śmiercią bliskich.


czwartek, 11 sierpnia 2016

Hongkong i życie



Postanowiłam wynająć pokój w Hongkongu i doświadczyć, jak to jest być mieszkańcem tak wielkiego miasta. Obecnie mieszkam w kilkupiętrowym mieszkaniu z przepięknym widokiem na miasto, a za wynajem płacę jak za naprawdę bardzo tani hotel. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieszkać w ekskluzywnym miejscu i osiągać szczyty w korporacyjnej piramidzie. Kiedyś miałam takie życie mieszkając w Nowym Jorku. Byłam na początku drabiny zawodowej kariery, po której mogłam się wspinać równocześnie oddając się pędowi miasta. Opuszczając Nowy Jork zostawiłam tam historię, która przez długie lata pozostała w moim sercu. Byłam zakochana i naprawdę ciężko było mi zrezygnować z tej miłości. Z tamtą osobą przez bardzo długi czas na zmianę zbliżaliśmy się do siebie i oddalaliśmy. W Stanach odbyłam praktyki, o których już kiedyś Wam wspominałam. Miałam przyjemność pracować w naprawdę dużych, znanych korporacjach. Razem z projektantem, który był w rankingu dziesięciu najlepszych, tworzyliśmy projekty dla burmistrza Nowego Jorku. Pracowałam również przy projektowaniu tekstyliów do wnętrz i w kilku jeszcze innych firmach. Moje życie wypełnione było pracą od rana do wieczora. Czasami znajdowałam oczywiście trochę czasu, żeby spotkać się ze znajomymi i pójść z nimi na drinka. Starałam się również, żeby raz na jakiś czas w moim codziennym biegu znaleźć chwilę na sport. Wieczorami po całym dniu pracy zazwyczaj padałam ze zmęczenia. Odczuwałam nieustanne przemęczenie a moja waga drastycznie spadła. Mój pobyt dobiegał końca, a w USA panował kryzys. Miałam przed sobą dylemat czy pozostać i wspinać się na zawodowy szczyt, czy wrócić do Polski z bagażem wspaniałych doświadczeń. Ostatecznie postanowiłam wrócić. Po powrocie z Nowego Jorku, od razu porwałam się na wielki projekt hotelu. Było to skok na głęboką wodę, będący wspaniałym doświadczeniem. Szybko założyłam własną firmę projektowania wnętrz i zrozumiałam, że nie jestem stworzona do tego, aby ktoś zarządzał moją pracą. Nie lubię mieć nad sobą szefów. I choć na początku było ciężko, czułam satysfakcję, że robię coś dla siebie. Dziś jakbym znów powróciła trochę do przeszłości. Mieszkam z bardzo przystojnym i tajemniczym współlokatorem, niczym bohaterem 50 twarzy Greya ;). Jest wspaniałym człowiekiem, który osiągnął duży sukces zawodowy. Ma wszystko, czego zapragnie – poza czasem.



Teraz powróciłam do miasta będącego azjatycką kopią Nowego Jorku. Czuję się nieco zagubiona. Mam okazję obserwować je jako osoba z zewnątrz, która nie jest w środku systemu, lecz stoi z boku pracując od projektu do projektu, obserwując jak wygląda tutejsze życie. Wysokie wymagania, wspaniały poziom edukacji oraz intelektualnie inspirujący ludzie są niezwykle ciekawe. Głównym celem tutejszego życia jest praca. Stanowi ona jego sens. Cykl dnia wygląda tak: praca, drink ze znajomymi, tv i sen. Bardzo przypomina mi to moje życie z  przeszłości. Ciągłe życie w biegu, na wysokich obrotach – to była moja codzienność. Teraz, kiedy zwiedziłam kawał świata i zetknęłam się z tak różnymi kulturami, widzę, że męczy mnie życie miejskie w tak zatłoczonym miejscu, w którym każdy, nawet najmniejszy obszar jest zaludniony.



Takie życie jest super na chwilę. Nie wyobrażam sobie jednak tak funkcjonować na stałe. Nie taką wizję przyszłości sobie zbudowałam. Hongkong ma wiele pięknych i ciekawych zakamarków. Każdy jest w stanie znaleźć w nim coś dla siebie. Wielokulturowość jest wszechobecna. Jednocześnie, to bardzo drogie miasto,, dlatego ludzie aby móc żyć godnie zmuszeni są bardzo ciężko pracować. Ludzie bardzo często korzystają z antydepresantów. Życie stawia przed nimi ogromne wymagania i cele, ale dzięki temu osiągają pełną realizację życia i własnych potrzeb. Nie ma czasu na zastanawianie się. Na portalach randkowych każdy przedstawia się jako mr. Perfect, bez wad, idealny, z życiem pozbawionym komplikacji. W takim pędzie życia czasami faktycznie nie ma miejsca na problemy. Świat tutaj jest dość specyficzny. Ja jednak czuję się dobrze wśród ludzi, przy których mogę być sobą, którym mogę pokazać kiedy jestem smutna, a kiedy wesoła. Wolę być naturalna i nie idealizować swojej osoby jako pani Perfect. Chcę być sobą. Patrząc z innej strony, dostrzegam jednak wiele pozytywnych aspektów tego miasta. Świetne jedzenie, masaż, któremu można poddać się po ciężkim dniu pracy, wiele atrakcji, ciekawi ludzie.



Wszytko ma dwie strony medalu. Pozostaje kwestia wyboru, kto czego potrzebuje i jakie miejsce oraz drogę wybierze dla siebie.