środa, 16 sierpnia 2017

Szpital, czyli zajrzeć traumie w oczy i ją pokonać

Od kilku dni czułam się źle. Po cichu liczyłam, że mój stan się poprawi, ale jednak skończyło się szpitalem. Mój stan z dnia na dzień się pogarszał. Po kolejnej przechorowanej nocy poprosiłam o pomoc przyjaciół. Wiedziałam, że nie mam już innego wyjścia i muszę pojechać do szpitala.


Miałam tak silne zawroty głowy, że nie mogłam utrzymać pionu i na izbie przyjęć od razu trafiłam na wózek. Nie dziwne, bo jak się okazało miałam tylko 34,2oC. Dojmujące poczucie zimna znalazło swoje wytłumaczenie. Do tego stwierdzono odwodnienie i zaburzenia pracy nerek. Dostałam swoje łóżko szpitalne, bo pobyt miał się jednak wydłużyć. Kiedy ja leżałam, mój przyjaciel załatwił za mnie wszystkie formalności. Czekając na niego zauważyłam, że z naprzeciwka przyjechał wózek z żółtym pokrowcem, z którego zdjęto zabandażowane ciało mężczyzny i umieszczono je na jednym z łóżek. Szpital był piękny, personel cudowny i otoczył mnie profesjonalną opieką, ale w tamtym momencie zwątpiłam czy jestem we właściwym miejscu. Kiedy podzieliłam się moimi wątpliwościami z przyjaciółmi, jeden z nich uspokoił mnie mówiąc po prostu, że na tego człowieka przyszedł właściwy czas. Mówiąc to przytulał mnie, choć chodziło przed wszystkim o ogrzanie ciała, zrobiło mi się też cieplej na duszy.

Zostałam w szpitalu. Trafiłam jednak na oddział dziecięcy bo tylko tam były wolne miejsca. Dookoła było wprost ślicznie – na ścianach misie, w korytarzu wystawa obrazów.



Jadąc do szpitala nie była przygotowana na zostanie w nim, nawet na jedną noc. Trzeba było uruchomić łańcuszek ludzi dobrej woli – moja sąsiadka przygotowała mi niezbędne rzeczy (sama jest pielęgniarką, więc dobrze wiedziała, co będzie najbardziej przydatne) a przywiózł je inny znajomy. Wieczorem dołączył jeden z przyjaciół, który był ze mną w szpitalu o poranku, a dzień spędził w pracy. To ten od przytulania, więc znowu mogłam liczyć na zewnętrze źródło ciepła. Wcześniej w szpitalu towarzyszyły mi mama i nieżyjąca już ukochana ciocia, moja matka chrzestna. Tym razem mnóstwo pomocy i ciepła uzyskałam od mężczyzn. To budujące, że okazywanie bezinteresownego wsparcia nie ujmuje im męskości. Może do tego trzeba mieć po prostu jaja.




Kolejnego dnia dołączyłam na moją salę inna dziewczyna. Jak się okazało Martina też samotnie podróżuje po świecie, a do szpitala trafiła przez problemy z brzuchem. Od pierwszego słowa narodziła się między nami więź. Wystarczył nam jeden dzień, a miałyśmy wrażenie, że znamy się od wieków, jak bratnie dusze. Otoczona przyjaciółmi, którzy na zmianę towarzyszyli mi w szpitalu i dotrzymywali towarzystwa, szybko dochodziłam do siebie. Nie byłam samolubna. Ich energią chętnie dzieliłam się z Martiną.


A po wyjściu ze szpitala zaprosiłam ją do siebie. Chciałam jej pokazać wyspę, prawdziwe oblicze Bali i miło spędzić czas. Nie liczyłam na odwzajemnienie, a dostałam od niej tak wiele. Przede wszystkim zrozumienie i umiejętność słuchania. Rozmawiałyśmy godzinami wymieniając się poradami tułaczy. Mimo zgody na opuszczenie szpitala mój organizm nie zregenerował się w pełni. Kiedy robił mi psikusy i przychodziła chwila osłabienia, czułam się pewnie bo miałam obok osobę, która w pełni mnie rozumie, bo ma podobny bagaż doświadczeń. Podobieństwo historii powodowało, że wiedziała co się dzieje w moim ciałem, co się dzieje w mojej głowie. A przede wszystkim, że to tylko stan przejściowy. Po uzupełnieniu płynów i elektrolitów doszłam do siebie. Kiedy musiałyśmy się pożegnać, obie z Martiną miałyśmy łzy w oczach. Mimo że spędziłyśmy ze sobą tak niewiele czasu, połączyła nas przyjaźń. Dałyśmy sobie wzajemnie uwagę i zrozumienie oraz pełną otwartość w rozmowach. Martina swoim anielskim głosem tłumaczyła mi wiele. Ocierała moje łzy.



Pobyt na oddziale pediatrycznym był dziwnym doświadczeniem. Chociaż ten był kolorowy i zbliżony do moich wyobrażeń jaki powinien być szpital przyjazny dzieciom, spojrzałam w oczy dziecięcej traumie. Miałam wrażenie, że cofnęłam się do dzieciństwa, gdy kilka lat spędziłam w szpitalu. To w czasie tej przymusowej izolacji od świata i skazaniu na pobyt w zamkniętych pomieszczeniach narodziło się moje marzenie o upiększeniu szpitala i całego świata. Po latach wcieliłam je w życie i zostałam architektem wnętrz. Te kilka dni w szpitalu dały mi też do myślenia, że właśnie dzięki chorobie poznałam tak wielu cudownych ludzi, tak dobrze się rozumiemy jak z Martiną. Doświadczenie choroby mnie ukształtowało i wiem, że będę pomagać innym, nie będę zamykać się na świat, chcę podzielić się sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz